— Ani myślę! — zawołałem z gniewem.
— W takim razie da mu pan satysfakcję z bronią w ręku.
— I owszem — odparłem. — Pan Steinbok...
— Steinberg — poprawił jeden z przybyłych.
— Wszystko jedno — rzekłem cały drżący. — Pan Steinberg tyle razy obraził mnie, że, bez względu na mój poważny wiek, będę się z nim strzelał. Muszę...
— Czekamy więc pańskich sekundantów — odpowiedzieli ci panowie (a może tylko jeden z nich) i ukłoniwszy się uroczyście, wyszli.
Zaraz pojechałem do Teofila, z nim do starego majora Wilczyńskiego, który miał być drugim moim sekundantem, i posłałem ich pod wskazany adres.
Późno wieczorem wpadł do mnie Biedrzyński. Nigdy nie widziałem go w stanie tak podnieconym. Zbudził się w nim nie tylko duch rycerski, ale nawet okrucieństwo.
— Wiesz? — mówił, machając pięściami — przyjęliśmy wszystkie warunki! Niech diabli porwą!... Może przynajmniej ty nauczysz rozumu tego drągala. Będziecie się strzelali pojutrze.
— To... To już nieodwołalny termin? — spytałem.