Świadkowie zapakowali pistolety, chirurgowie swoje narzędzia (jeden z nich, wysoki i kędzierzawy blondyn, ostentacyjnie wkładał w futerał kleszcze położnicze) i — zabraliśmy się z powrotem do naszych karet. Już widać było za zielonymi krzakami czarne pudła powozów i lakierowane kapelusze woźniców, kiedy nagle — stanąłem.

— Gdzie mój kij?... Znowu zgubiłem Murzynka!...

— Pewno został na mecie — odezwał się sekundant Steinberga.

— Pal go diabli! — zawołał Steinberg. — Idźmy, panowie do Stępka, bom okrutnie głodny.

— Natychmiast was dogonimy — odparłem, zawracając ku łączce.

Teofil przyłączył się do mnie.

— Daj spokój — mówił — nie warto tracić czasu dla tak brzydkiego kija. Dam ci w prezencie lepszy.

Nie odpowiedziałem mu, lecz przyśpieszyłem kroku. Jak to? Miałbym się wyrzec Murzynka, który wywołał ten sławny pojedynek i tak dzielnie sekundował mi przy barierze?... Nigdy!

Nie doszedłszy do łączki, zetknęliśmy się z kilku chłopami i małym pastuszkiem. Chłopiec trzymał w ręku Murzynka.

— Moja laska! — zawołałem.