Parasol!... Pamiętaj pan — parasol!...

Post scriptum. Właśnie kiedy skończyłem list niniejszy, odwiedził mnie Steinberg. Nie mogłem powstrzymać się od przeczytania mu tego interesującego utworu.

Kochany pułkownik śmiał się, aż mu oczy zachodziły łzami, szczególnie słuchając ustępów, poświęconych jego osobie.

Skończywszy czkanie, zapytałem: co o tym sądzi?

— Pyszny jesteś, prezesie! — zawołał. — Więc ty, przy pojedynku, śmiałeś się ze swego kija, nie ze mnie, a ja... chciałem cię zastrzelić. Doskonała pomyłka!...

— Ale — rzekł po chwili — widzę, że diabelnie starzejesz się, kochany prezesie...

— Skądże znowu ten szczególny wniosek?

— Nieszczególny, ale bardzo prosty. Zamiast napisać w dwu wierszach „Zgubiłem angielski parasol, ze srebrną rączką taką i taką — a znalazcy dam 50 rubli nagrody” — ty, prezesie, pleciesz, jak stara baba, o całej dywizji wypadków, nie mających żadnego związku z parasolem. Co prawda, jesteś, prezesie, skończony filister38, a do tego... chory na gorączkę — dodał, uderzając mnie z całej siły w kolano.

Osądźże pan teraz bezstronnie: czy Steinberg nie jest grubianinem? Ale nade wszystko — nie zapominaj o moim pamiątkowym parasolu”.

Na tym kończą się przygody p. Wesołowskiego, tudzież jego kija.