— O, patrzcie! całą jej gębę zawalał... O, jak to rozlewa po ziemi... Po co wy jej w nos wtykacie gałgan? — jeszcze się dziewczyna udusi!...
Parobek czuł, że jest złą niańką, lecz dziecka z rąk nie wypuścił. Sam śpiesznie zjadł trochę zacierek, resztę zostawił w misce, zasłonił sierotę sukmaną i wymknął się na nocleg do stajni.
Gdy tam wszedł, jeden z koni zarżał, drugi w ciemności odwrócił głowę i zaczął obwąchiwać dziecko.
— Przywitaj się, przywitaj! — rzekł Owczarz. — Nastał do was nowy fornal, co nawet bata utrzymać nie potrafi. Cha!... cha!...
Na dworze deszcz wciąż padał. Drzwi stajni przymknęły się i wszystko ucichło. A gdy po niejakim czasie wyszedł z izby Ślimak zobaczyć, czy się nie wypogadza, zdawało mu się, że w stajni słyszy chrapanie Maćka.
— Już śpią — mruknął gospodarz. Popatrzył na niebo i wrócił do sieni.
— Cóż, ciepło tam znajdzie? — spytała męża gospodyni.
— Już śpią — odparł.
We drzwiach zgrzytnęła zasuwa, w kominie dotlewał się ogień, wreszcie zgasł. Było już późno. Koguty wyśpiewały północ, pies odszczeknął im i wcisnął się pod wóz przed słotą, w chacie zasnęli wszyscy.
Wtedy cicho skrzypnęły wrota stajni i wymknął się z nich jakiś cień; posunął się wzdłuż ściany budynku i ostrożnie zakradł się do obory. Był to Maciek. Wydobył spod sukmany szlochające dziecko i przystawił je do wymienia krowy.