— Ha, no ja mu powiedziałem: „Dopraszam się łaski jaśnie pana o tę łąkę...”. A on szepnie: „Iii, daj mi dziś spokój z interesami, bo głowy do tego nie mam”.
— I tyle? — spytała się kobieta.
Ślimak rozłożył ręce.
— Pójdę tam jutro albo pojutrze, jak się wyśpią po tańcach — zakończył.
W tej porze Maciek Owczarz wjeżdżał sankami do lasu po drzewo. Wiózł siekierę, kobiałkę z odrobiną żywności i córkę głupiej Zośki. Matka, odbiegłszy sierotkę w jesieni, nie zapytała o nią do dziś dnia, więc Owczarz matkował znajdzie. Sam ją karmił, nocleg dawał jej w stajni i brał ją do każdej roboty, aby porzuconej dzieciny nigdy nie spuszczać z oka.
Dziecko było tak niedołężne, że prawie nie ruszało się i nie wydawało głosu. Ślimakowie, a nade wszystko Sobieska, przepowiadali mu rychłą śmierć:
— Tygodnia nie wytrzyma.
— Umrze jutro.
— Oho! już po znajdzie.
Tak mówiono o niej w chacie. Ale znajda i tydzień przeżyła, i nazajutrz nie umarła, i nawet, kiedy pewnego dnia już uznano ją za nieboszczkę, otworzyła znowu blade oczy do świata.