— No byłem i wszystko ci rozpowiem, ino dawaj jeść.

Rozebrał się, zasiadł do miski kapuśniaku i prawił:

— Inom, mówię ci, minął bramę, patrzę, a po jednej stronie dworu wszystkie okna rozwarte. Na taki ziąb! słyszysz ty, Jagna?... Myślę, czyby kto, nie daj Boże, umarł?... Zaglądam, a tu w największej izbie (tej z białymi słupami, wiesz, co tyla jak kościół) jeździ se po podłodze lokaj Mateusz. Bez kapoty, w fartuchu, szczotką się podpiera i tak jeździ, jak chłopcy po lodzie. Mówię mu: „Pochwalony! co robicie, Mateuszu?” „Na wieki! — on mówi — widzita, że glancuję podłogę, bo będą u nas dzisiaj wielgie tańce”. „A pan — mówię — jeszcze nie wstał?” „Ech — on mówi — pan wstał, ino se teraz z krawcem przymierzają kierezyją, bo pan na tańce ubierze się za Krakowiaka, a pani za Cygankę”. „A ja — mówię — chciałem go prosić, żeby mi sprzedał łąkę”. A Mateusz, niby lokaj, na to: „Nie bądźcie głupi, Ślimaku! Gdzieżby pan gadał z wami o łące, kiedy sztyftuje się na krakowskie wesele?...”. I znowu wziął jeździć, aż mi się oczy rozbiegały od samego patrzenia.

Odszedłem se od okna i postojałem92 krzynę czasu wedle kuchni. Słyszę, rwetes okrutny, ogień palą jak w kuźni, masło skwierczy. Naraz patrzę — wylatuje z kuchni Ignac Kempiarz, co jest we dworze za kuchtę, ale taki ci nieborak pojuszony, jakby go kto siekierą dziabnął. Wołam: „Ignac! la Boga, a z ciebie kto tak farbę puścił?”. „Nie ze mnie to — on mówi — ino mi kucharz dał w pysk zarzniętym kaczorem i tak mnie osmarowało”. „Chwała Najwyższemu Bogu — mówię — że nie z ciebie, Ignac, ta posoka, ale za to powiedz mi — jak by zdybać dziedzica?” A on mówi: „Zaczekajcie tu, bo przywieźli sarnę, to pewnie pan wyjdzie obejrzeć ją”.

Poleciał se Ignac pod studnię, a ja czekam i czekam, aż mię cięgoty93 przechodzą. Ale czekam.

— No i widziałeś pana? — przerwała niecierpliwie żona.

— Ma się wiedzieć, żem widział.

— A gadałeś z nim?

— A ino jak.

— Cóżeście ugadali?