— Pod Twoją obronę uciekamy się, Święta Boża Rodzicielko... — szeptał chłop.
Zdjął z sani siekierę i zaczął przed końmi nacinać gładką drogę.
Po półgodzinnej pracy dotarł do gościńca; już całkiem ustał. W tym miejscu wznosiło się wysokie wzgórze, prawie niepodobne do przebycia po ciemku i w czasie gołoledzi. Zdjął z wozu szlochającą sierotę, siadł przy saniach i otulając dziecko myślał: czy Ślimak przyjdzie im z pomocą, czy też zaśpi w ciepłej izbie, a ich zostawi własnemu losowi?...
— Może i przyjdzie, koni mu będzie żal. Nie bój się, nie płacz — szepnął do sieroty. — Pan Bóg miłosierny jest wszędzie i nie da nam zginąć. Nie płacz, bo płaczem nic nie wskórasz.
Wtem zdało mu się, że poświst wichru zamienia się w dźwięczenie mnogich dzwonków. Wołały one: „dyń! dyń!... deń!... deleń!...” — grubszymi, cieńszymi i bardzo cienkimi głosami, jak podczas procesji. Zrazu myślał, że to przywidzenie; ale dzwonki, nie milknąc ani na chwilę, dźwięczały coraz głośniej, coraz bliżej, jak w lecie rój komarów nad bagnem.
— Co to jest? — szepnął chłop i podniósł się na nogi.
Daleko między wzgórzami zarośniętymi jałowcem ukazał się na śniegu czerwony płomyk, jeden, potem drugi, trzeci, czwarty... Czasem kryły się w wąwozach, to znowu błyszczały wysoko, jakby na niebie, i znowu nikły przy nieustannym i coraz głośniejszym akompaniamencie nieprzeliczonych dzwonków. Za każdym nowym ukazaniem się płomyki świeciły coraz jaśniej, tak że nareszcie przy blasku ich można było dostrzec wielką liczbę ogromnych, czarnych przedmiotów, szybko biegnących w stronę Owczarza.
Jednocześnie do uszu parobka doleciał zgiełk głosów ludzkich, tętent koni i trzaskanie z batów.
— Uha!...
— Ostrożnie, bo tu wzgórze!...