— Jedź na złamanie karku!...

— Hej tam!... nie wariujcie!...

— Zatrzymaj sanie. Ja wysiadam!...

— Wal naprzód!...

— Jezus Maria!

— Muzyka nie rozsypała się jeszcze?

— Jeszcze nie, ale się rozsypie!

— Ho, la, la!...

Teraz Owczarz poznał, że to cwałuje sznur sani, wielkich i małych, czterokonnych i parokonnych, którym towarzyszyło kilku ludzi jadących wierzchem, z pochodniami. Blask ich wśród ciemnej nocy i marznącej mgły wywoływał dziwny efekt. Zdawało się, że ów orszak przez okrągłą bramę, oświetloną czerwonym ogniem, wyjeżdża z jakiejś otchłani, której nigdy nie może opuścić.

A kulig wciąż pędził galopem, krzycząc, gwiżdżąc, śpiewając, strzelając z batów, choć droga była pełna zatok. Nagle stanął tuż przy saniach Owczarza.