Po chwili gwałtownie zabrzęczały dzwonki i ze szczytu wzgórza jak wicher przemknęły parokonne saneczki tuż koło Owczarza. Chłop aż przeżegnał się.

Na szczycie znów zawołano:

— Andrzej! jedź...

— Stój, hrabio!...

— Nie narażaj się pan...

— Ruszaj!...

Drugie sanie przeleciały jak burza.

— Brawo!...

— Zuchy!...

— Ruszaj, Jacenty!...