Tak rozmawiając dojechali do wrót, gdzie czekał na nich Jędrek z latarnią. Niebawem znaleźli się w chałupie, okryci szronem, bo mróz był coraz tęższy.

Tymczasem sanie wiozące starozakonnego i dwu Niemców z Wólki powoli opuściły się w dolinę, minęły most na rzece, z niemałym trudem wjechały na pierwszy taras pagórków i dobiły się do karczmy. Tu do uszu podróżnych doleciały urywane dźwięki muzyki i różowy blask smolnych beczek płonących przede dworem. Niemcy wysiedli i weszli do szynku, skąd po chwili wybiegł karczmarz Josel i przez kilka minut półgłosem rozmawiał z przyjezdnym. Wreszcie nisko mu się ukłonił i kazał furmanowi zawieźć go do dworu.

Za odjeżdżającym wybiegł z karczmy jeden z Niemców, wołając: „hej! hej!”. Sanki zatrzymały się. Niemiec oparł się na ich krawędzi i mówił:

— Dziś nic z tego interesu nie będzie.

— Dlaczego nie ma być? — zapytał Żyd powoli.

— Oni teraz tańcują...

— No, to co z tego?

— Szlachcic nie porzuci tańca dla rachunków.

— Więc sprzeda bez rachunku.

— Albo każe czekać parę dni.