— A cóż wy, panowie, macie za prawo kupować mój grunt?
— Mamy pieniądze — odparł brodacz.
— Pieniądze?... Ja za pieniądze nie sprzedam. To przecie moja ziemia. Siedzieliśmy tu z dziada, pradziada, jeszcze za czasu pańszczyzny, i to się nazywała nasza zagroda. Później mój ojciec dostali ten grunt z ukazu na własność i to jest opisane w komisji. Potem za las ja dostałem trzy morgi także na własność i to także jest opisane w komisji. Rządowy omentra113 ziemię tę zmierzył, na wszystkich papierach są podpisy i pieczęcie, jak się należy, zatem... Zatem — jakim prawem wy chceta kupować mój grunt, kiedy on jest mój?... Mój własny, no?...
Przez cały ciąg tej długiej mowy, wypowiedzianej wzburzonym głosem, brodacz odwrócił się do chłopa bokiem i gwizdał przez zęby, a stary wyciągnął ręce i niecierpliwie nimi wytrząsał. Schwyciwszy nareszcie stosowną chwilę, zawołał:
— Ależ my tobie chcemy zapłacić!... Gotówką... Po sześćdziesiąt rubli za morgę.
— I za sto nie sprzedam — odparł Ślimak — bo nie macie na to nijakiego prawa.
— Ale możemy umówić się z dobrej woli.
Chłop pomyślał i nagle zaśmiał się.
— Takiście starzy — rzekł — a jeszcze nie macie rozumu na to, że przecież ja z dobrej woli mojego gruntu nie sprzedam.
— Dlaczego?... Za te pieniądze, które wam dajemy, moglibyście za Bugiem kupić całą włókę.