Po tych słowach podniosły się z kanap i fotelów najprzód najstarsze, potem młode damy i z przeciągłym szelestem poczęły opuszczać salon, owijając się w atłasowe zarzutki i odwracając twarze od okien. Za chwilę w salonie zrobiło się pusto, a w dalszych pokojach gwarno; potem rozległy się na podwórzu głosy męskie, a na górze liczne stąpania, a potem — wszystko ucichło. Muzyka już wyniosła się z alkowy; zostało po niej tylko kilka pulpitów i stary Żyd basista, który spał, przewiesiwszy ręce przez korpus swej basetli.
Do salonu, brzęcząc podkówkami, wszedł dziedzic. Mętnym wzrokiem spojrzał po ścianach i rzekł, ziewając:
— Pogaś światło, Mateuszu... Otwórz okna... Aaa... Nie widziałeś pani?...
— Jaśnie pani jest w swoim pokoju — odparł stojący w progu lokaj.
Dziedzic zawrócił się i wyszedł. Minął sień, minął pokój jadalny, wreszcie stanął przed drzwiami znajdującymi się na końcu korytarzyka i zapytał:
— Czy wolno?...
— Proszę — odpowiedział kobiecy głos z pokoju.
Dziedzic wszedł. Na fotelu obitym pomarańczowym atłasem siedziała jego żona w stroju Cyganki. Oparła ręce na poręczach, głowę ozdobioną diademem odrzuciła w tył i zdawała się usypiać.
Dziedzic upadł na drugi fotel i rzekł:
— No, udała się zabawa... Aaa!...