Ślimak obejrzał się. W chatach po drugiej stronie doliny drzwi były pozamykane; na podwórkach nikt nie ruszał się i zapewne nikt by nie wybiegł przed wrota, gdyby nawet zawołać: „Patrzajta, gospodarze, co tu Niemców wali!...”. Wieś jeszcze spała.
Teraz sznur wozów napełnionych gwarliwymi ludźmi począł wymijać chałupę Ślimaka. Zmęczone konie szły z wolna, krowy ledwie nogi wlokły, świnie, kwicząc, potykały się. Tylko ludzie byli kontenci, śmieli się, krzyczeli z wozu do wozu i rękami albo batami ukazywali na dolinę. Wreszcie zjechali na dół, wyminęli most i skręcili na lewo, na otwarte pole.
We dwa albo i we trzy pacierze po nich ukazał się wózek ciągniony przez psa i kobietę, i stanął obok wrót Ślimakowej zagrody. Tu wielki pies upadł na ziemię, ciężko dysząc, mężczyzna z trudnością podniósł się na wózku i usiadł, a kobieta zdjęła szlę z karku i ocierając spotniałe czoło, patrzyła na chatę Ślimaków.
Chłopa tknęła litość. Zeszedł z pagórka i zbliżył się do podróżnych.
— Skądeście, ludzie, i coście za jedni? — zapytał.
— My koloniści, aże zza Wisły — odpowiedziała kobieta. — Nasi kupili tu ziemię, więc idziemy za nimi.
— A wyście ziemi nie kupili?
Kobieta wzruszyła ramionami.
— To u was taki zwyczaj, że baby chłopów ciągną? — pytał dalej Ślimak.
— Cóż robić, kiedy konia nie mamy, a na własnych nogach ojciec by nie zaszedł.