— Bez obrazy — odezwała się Ślimakowa — ale wy, Niemce, musi że nie mata własnego kraju, kiej przychodzicie tu do nas?
— Tu nasz kraj — odparła podróżna. — Ja przecie tu urodzona za Wisłą.
Człowiek siedzący na wózku niechętnie machnął ręką i począł mówić głosem urywanym:
— My, Niemcy, mamy swój kraj, nawet większy od waszego, ale tam źle. Ludzi dużo, ziemi mało, o zarobek trudno. A jeszcze musim płacić wielkie podatki, a jeszcze w wojsku służba ciężka, a jeszcze rozmaitymi karami okładają człowieka...
Zakaszlał się, trochę odpoczął i mówił dalej:
— Każdy chce, żeby mu dobrze było na świecie, i jeszcze chce tak żyć, jak jemu się podoba, a nie tak, jak inni mu każą... W naszym kraju jest źle, no, więc przychodzimy tu...
Jędrek przyniósł mleko i oddał je podróżnej, która napoiła ojca.
— Bóg wam zapłać! — westchnął chory. — Tu są dobrzy ludzie...
— Ino żebyśta wy nam nie narobili złego — półgłosem odezwała się Ślimakowa.
— Co my wam możemy zrobić? — zapytał chory. — Czy wam ziemię zabierzemy? czy może w szkodę bydło wpędzimy? czy będziemy kraść albo rozbijać?... Nasi są ludzie spokojni, nikomu w drogę nie włażą, byle im nikt nie lazł...