— A co Szwaby? — spytał parobka.
Ślimak usiadł na zboczu góry, tak aby go z podwórza nie widziano, i ostrożnie zapalił fajeczkę.
— Siądlibyście se tu — wskazał Maciek batem na wyniesione miejsce — to i na mnie przyszłoby trochę dymu.
— Co ci ta po dymie — odparł gospodarz, spluwając. — Jak skończę, dom ci fajkę i się nią pocieszysz, a przynomni115 baby ślipie116 nie będą boleli, że styrczę117 na widoku.
Maciek poszedł zagonem, cmokając na szkapy, a Ślimak siedział na zboczu i patrzył. Siedział, oparł łokcie na kolanach, a głowę na rękach, aż mu na kark zsunęło kapelusz, palił fajkę pomaleńku... pyk-pyk, i wciąż patrzył.
O kilkaset kroków od niego, za rzeką, na ugorze Niemcy rozkładali obóz. Ślimak wciąż palił fajkę, a spoglądał i każde drgnienie tej ciżby tłumaczył sobie w głowie.
Już Niemcy wozy płótnem kryte uszykowali w kwadrat, tworząc z nich jakby parkan, wewnątrz którego stoi bydło i konie, a zewnątrz kręcą się ludzie. Ten wydobywa przenośny żłób na czterech nóżkach i stawia go przed krowami, inny wsypuje tam obrok z maniaka, inny z wiadrami idzie po wodę do rzeki. Kobiety wynoszą spod płacht żelazne kociołki i woreczki legumin, a gromada dzieci biegnie do jarów po opał.
— Ale mają kupę hołoty! — odezwał się Ślimak. — Z całej wsi nie zebrałby tyle dziecisków.
— Jak wszów — odparł Maciek.
Chłop wciąż pali fajkę i dziwi się. Uroki czy co?... Wczoraj jeszcze pole to było puste i ciche, a dziś — istny jarmark. Ludzie nad wodą, ludzie w jarach, ludzie na zagonach. Tną krzaki, znoszą wiązki chrustu, palą ogniska, karmią i poją bydło. Już jeden Niemiec otworzył kramik na wozie i widać handluje, bo koło niego ciśnie się tłum kobiet i wyciąga ręce: ta po sól, tamta po ocet, inna po cukier. Już kilka młodych Niemek porobiły kołyski z płacht na widełkach i jedną ręką szumują zupę w kotłach, drugą huśtają płachty. Już znalazł się i konował118, który ogląda nogę podbitej szkapie, już i cerulik119, który goli na stopniu wozu starego Szwaba. W polu gwar, bieganina, robota, a na niebie słońce podnosi się coraz wyżej.