Ślimak odwrócił się do Owczarza.

— Miarkujesz ty, Maciek, jak ony120 prędko robią? Od nas, z chałupy, przecie bliżej do jarów niż stela, a od nas idzie się po chrust na pół dnia. Te ci zasię, pary, uwinęły się we dwa pacierze...

— Oho-ho!... — odparł Maciek czując, że to do jego powolności wypito.

— Albo przypatrz ty się — mówił Ślimak — jak ony kupą wszystko robią? Przecie i nasi ludzie, bywa, że wyjdą gromadą; ale każdy krząta się sam za siebie, ino częściej odpoczywa albo jeszcze innym przeszkadza. Te zaś psiekrwie tak jakosik zwijają się, jakby jeden nagieniał drugiego. Nie spróżnujesz, choćby cię kładło na ziemię, bo ci jeden tka w garść robotę, a już drugi na nią czeka i pili, żebyś kończył. Ino przypatrz się im i sam powiedz.

Dopalającą się fajkę oddał Owczarzowi i wrócił do chałupy zadumany.

— Wartki naród te Szwaby — mruczał — i mądry...

Sokoli jego wzrok w pół godziny odkrył dwie tajemnice nowożytnej pracy: pośpiech i organizację.

Około południa przyszli do Ślimaków dwaj koloniści z taboru, prosząc o sprzedanie masła, kartofli i siana. Masło i kartofle dano im bez targu, ale siana Ślimak odmówił.

— Dajta choć furę słomy — prosił jeden cudzoziemskim akcentem.

— Ni, ani słomy nie dom, bo ni mom — odparł Ślimak.