Kolonista z gniewu cisnął czapkę na ziemię.

— A, szakrew, ten Hamer! — wołał — co on nam zmartwienia narobi!... Mówiła, szakrew, co mi tu nadziemy dworskie budynki i paszę, i szitko, a mi nie naleźli nic... We dwora paszi ni ma, a w budinkach sziedzą żydowskie karczowniki i gadają: „Nie ruszimy stąd!...”.

Właśnie gdy koloniści z worami kartofli na plecach opuszczali podwórko, odprowadzeni przez rodzinę chłopa, na gościńcu ukazała się bryczka, a w niej dwu dawno znanych Ślimakowi Niemców: stary i brodaty. Byli to Hamerowie. Koloniści, rzuciwszy wory, z krzykiem zatrzymali bryczkę.

O czym rozmawiano? — chłop nie rozumiał. Widział tylko, że koloniści są źli, że pokazują rękami to na chałupę Ślimaków, to na dworskie budynki. Raz nawet zwrócili się do niego, mówiąc po polsku:

— Nawet głupi wi, co ćlowiek wyśpi się byle jak, ale stworzenie nie wyczyma w polu na zimny nocy!... Z takim ładem rok nie minie i diabli szitko wezmą...

Potem znowu krzyczeli po niemiecku, to jeden, to drugi, po kolei, jakby nawet w wybuchach gniewu zachowywali systematyczność i porządek.

Natomiast obaj Hamerowie byli zupełnie spokojni. Cierpliwie i z uwagą słuchali wymyślania kolonistów, czasem tylko wtrącając jakieś słówko odpowiedzi. Gdy zaś koloniści zmęczyli się krzykiem, zabrał głos młodszy Hamer. Niedługa jego mowa widocznie ukoiła rozgniewanych, bo uścisnąwszy za rękę ojca i syna, wzięli na plecy swoje kartofle i z wypogodzonymi twarzami poszli w stronę obozu.

— Jak się macie, gospodarzu! — zawołał z bryczki starszy Hamer do Ślimaka. — Cóż, zrobimy handel o grunta?

— Ni.

— Po co go ojciec zaczepia? — przerwał niecierpliwie młodszy. — Przyjdzie on sam do nas.