Przez kilka dni widziano go, jak chodził tam i na powrót w towarzystwie całej gromady Niemców. Jedni przed nim i za nim nosili tyki, drudzy rozciągali łańcuch, inni z jego kijów robili mu stolik, inni zaglądali mu przez ramię. On komenderował ludźmi na prawo i na lewo, zapisywał w książce, rysował na tablicy, a kiedy przypiekło słońce, rozkładał nad głową parasol albo przenosząc się na nowe miejsce, ssał okrutnymi łykami oplataną butelkę.
Chłopi z daleka przypatrywali się tym manewrom, milcząc. A czwartego dnia odezwał się Wiśniewski:
— Psiakrew, żebym ja tyle wódki wypił, to bym jeszcze lepiej mierzył niż sam omentra!
A na to Wojtasiuk:
— Bez to on i jest omentra, że ma takości mocną głowę.
I Ślimak widział jeometrę, a potem widział, jak po jego odjeździe Niemcy, zdjąwszy płachty z kilku wozów, zaprzęgli do nich konie i rozjechali się na trzy strony świata.
„Może wyjeżdżają?...” — pomyślał.
Ale wyjechali ledwie na parę godzin, po upływie których powróciły z wolna wozy ciężko ładowne i zaczęły wyrzucać swoją zawartość. Jeden na jedną kupę belki, drugi na drugą kupę deski, trzeci na trzecią opokę. I tak przez dwa dni zwozili drzewo, kamień, cegłę i wapno, składając je stosami na wzgórzu niedaleko taboru, o kilkaset kroków od chudoby Ślimaka.
Współcześnie trzej Hamerowie obchodzili wzgórze, wytykając123 dokoła niego plac kwadratowy, mający ze dwie morgi przestrzeni.
Po tych przygotowaniach jednego dnia zrobił się ruch w taborze. Od strony lasu nadciągnęło kilkunastu cieśli w granatowych spodniach i kurtkach, z piłami, świdrami i toporami. Współcześnie naprzeciw nich wyszło z taboru kilkunastu kolonistów z kielniami i szaflikami, a w pewnej odległości za tymi wlokła się zbita gromada kobiet, dzieci i reszta kolonistów mężczyzn, wszyscy w strojach odświętnych. Trzy te partie zebrały się przy wzgórzu, gdzie stał wóz z beczką piwa, a drugi z wędlinami i pieczywem.