Stary Hamer odziany był w manszestrową wypłowiałą kurtkę, jego syn, Fryc, w czarny surdut, a drugi, Wilhelm, w pąsową kamizelkę w czerwone kwiaty. Wszyscy byli bardzo zajęci. Ojciec witał gości, biegając od cieślów do mularzy, a od mularzy do kobiet; Fryc zgromadzał na jedno miejsce grube koły z drzewa, Wilhelm odszpuntował beczkę z piwem.
W siedzibie Ślimaka przygotowania te dostrzegł Owczarz i zaraz dał znać do chaty. Wybiegli więc całą rodziną na wzgórze: Ślimak z żoną, Magda ze Staśkiem i Jędrkiem przodem. Stanęli na zboczu, z drugiej strony rzeki, naprzeciw taboru, ciekawie patrząc, co z tego będzie.
— Jużci, że dom stawiają — rzekł Ślimak — bo po cóż by zbiegło się tyle rzemieślniczego narodu?
W tejże samej chwili stary Hamer, skończywszy witać gości, wziął w rękę kołek i za pomocą drewnianego młota wbił go w ziemię.
— Hoch!... Hura!... — zakrzyknęli cieśle i mularze.
Hamer ukłonił się, wziął w rękę drugi kołek i począł go nieść w prostym kierunku ku północy.
Za nim podążył Fryc z młotem, a za nim tłum starszych kolonistów, kobiet i dzieci prowadzonych przez owego bakałarza, co to go córka z psem na wózku ciągnęła.
Nagle bakałarz podniósł czapkę do góry, mężczyźni odkryli głowy i gromada idących zaintonowała hymn uroczysty:
Warownym grodem jest nasz Bóg,
Broń nasza i potęga,