— Hej! hej!
Na gościńcu stało dwu ludzi. Jeden siwy, ogolony, w granatowej kapocie z krótkim stanem i w niemieckiej czapce z zawiniętymi brzegami — drugi młodszy, wyprostowany, z jasną brodą, w paltocie i kaszkiecie. Za nimi w pewnej odległości stał parokonny wózek, którym powoził człowiek ubrany w kaszkiet i granatową kapotę.
— To pole jest twoje? — pytał Ślimaka brodaty szorstkim tonem.
— Czekaj no, Fryc — przerwał mu starzec.
— Dlaczego ja mam czekać? — oburzył się brodaty.
— Zaczekaj. Czy to wasze grunta, gospodarzu? — zapytał stary nierównie łagodniejszym tonem.
— Jużci moje, czyje ma być? — odparł chłop.
W tej chwili przybiegł z łąki Stasiek i patrzył na obcych z nieufnością i podziwem.
— A ta łąka jest twoja? — pytał brodaty.
— Zaczekaj, Fryc. Czy to wasza łąka, gospodarzu? — poprawił go stary.