— Patrzajta go — mruknął Ślimak — jaki mądry! Wie on, po co tu idę... Ale zdybię ja cię i wszystko powiem do oczów.
Za każdym jednak krokiem naprzód miękła w nim odwaga, a w końcu zupełnie go opuściła.
„Jużci on pan całą gębą — myślał chłop o Hamerze — a ja biedak. Jak mu co powiem, gotów mnie potrącić i gdzie wtedy znajdę sprawiedliwość?”
— Trza wracać do dom!... — szepnął.
Ale znowu żal straconego zarobku nie pozwalał mu wracać z niczym. Więc wahał się. Co trochę postąpił naprzód, to opierał się o płot i niby patrzył, co Niemki kopią w ogrodzie. W ten sposób z wolna zbliżył się do domu Hamera; ale już nie miał śmiałości wejść na dziedziniec.
W mieszkaniu kolonisty jedno okno było otwarte i rozlegał się szmer podobny do brzęczenia pszczół w ulu. Chłop podszedł bliżej i zobaczył w wielkiej izbie gromadę dzieci siedzących na ławkach. Jedno z nich coś opowiadało krzykliwym głosem, a inne szemrały. Pośrodku izby przechadzał się chorowity bakałarz z linią w ręku, wołając od czasu do czasu:
— Sztyl124!...
Bakałarz przypadkiem wyjrzał za okno i zobaczywszy chłopa, dał mu jakiś znak. Po chwili w izbie dzieci zaszemrały jeszcze mocniej, a na środku ukazała się córka bakałarza z książką, powtarzając od czasu do czasu dźwięcznym i rzewnym głosem:
— Sztyl!...
„Gada im: stul gębę...” — pomyślał chłop.