Po godzinnej ulewie zziajana burza spoczęła, a wówczas było słychać szum Białki, która wystąpiła z koryta. Całą szerokością gościńców płynęły brudne wody, strumienie szeleściły po bokach wzgórz, łąki były zalane, z drugiej strony nasypu utworzyło się jezioro.

Po chwili wzmogła się ciemność; z rozmaitych punktów horyzontu znowu trysnęły błyskawice, ulewa spotęgowała się, piorun uderzył w gościniec. Pionowe potoki deszczu wiatr pchał w ukos, kłębił je i szarpał; świat zatonął w mglistej kurzawie.

U Ślimaka podczas burzy wszyscy zebrali się w pierwszej izbie. Owczarz na rogu ławy ziewał, obok niego Magda niańczyła owiniętą w sukmanę sierotkę, przyśpiewując jej cichym głosem: „a, a, a!...”. Gospodyni chodziła z kąta w kąt gniewna, że deszcz zalał ogień na kominie, a Ślimak wyglądał oknem, myśląc: czy ulewa nie zniszczy mu urodzaju?... Tylko Jędrek był wesoły: wybiegał przed dom moknąć na deszczu do nitki, a potem ze śmiechem wpadał do izby, namawiając Magdę i Staśka, ażeby szli z nim razem.

— Chodzi, Stasiek! — mówił, ciągnąc brata za rękę. — Taki deszcz ciepły, że ha!... Ino cię zmyje, a zara się rozweselisz...

— Niechaj128 go — odezwał się ojciec — bo on markotny.

— I sam po dworzu nie lataj, bo mi całą izbę zalejesz — wtrąciła matka.

W tej chwili uderzył piorun.

— Słowo stało się ciałem... — szeptała kobieta. Magda przeżegnała się. Owczarz przetarł oczy, lecz znowu począł drzemać, a Ślimak mruknął:

— Gdziesić blisko...

Jędrek z uśmiechem przysłuchiwał się łoskotowi gromu. Nagle zawołał: