— To ci huk!... O, albo i tera?... Z dziesięciu fuzjów żeby wypalił, to by tak nie huknęło! Folguje se Pan Jezus, nie bój się...
— Cicho, głupi — oburzyła się matka — bo jeszcze w ciebie strzeli.
— Niech strzylo! — odparł hardy chłopak. — Jak me wezmą do wojska, to jeszcze lepiej będą strzylać, a nic mi nie zrobią...
I znowu wyleciał przed dom, aby zaraz wrócić zlanym od stóp do głów.
— Ten hycel Jędrek niczego się nie boi — mówiła udobruchana matka, spoglądając na męża.
Ślimak wzruszył ramionami.
— Albo on nie chłop?
Owczarz drzemał, od czasu do czasu oganiając się machinalnie przed muchami. A na dworze lał potop, grzmiało bez przerwy, błyskawice zapalały się we wszystkich punktach nieba.
W tej gromadce ludzi o stalowych nerwach, gdzie jeden myślał o swoim plonie, drugi spał, a trzeci bawił się nawałnicą, był przecie taki, który całą istotą odczuwał okropność burzy. Był to Stasiek, chłopskie dziecko, nie wiadomo skąd — nerwowe.
On wraz z ptakami przeczuł nadciągającą ulewę i od rana tułał się po domu niespokojny. On, patrząc na chmury, odgadywał tam jakieś narady i domyślał się złych zamiarów. On czuł ból trawy bitej deszczem i drżał na myśl: jak musi być chłodno ziemi zalanej wodą? Powietrze przesycone elektrycznością kłuło go po całym ciele, błyskawice paliły mu wzrok, a każde uderzenie piorunu zdawało się, że trafia go w głowę i serce.