— Jużci, że go po trochu odchodzi, kiedy krew płynie... Nawet jest cieplejszy...

— Jakże?... — powtórzył bakałarz trącając Owczarza.

— Bo jo wiem?... — rzekł cicho parobek. — Ona mówi, że mu lepiej, a chłopak jak się nie ruchał, tak i nie rucha.

Bakałarz rzucił laskę w kąt i podszedł do ławy.

— Daj mi gęsie pióro... — rzekł do Jędrka.

Osłupiały chłopak zamiast odpowiedzieć wzruszył ramionami.

— Więc daj trzcinę albo jaką rurkę...

— Nie ma tu nijakiej rułki — mruknął Jędrek.

Bakałarz obejrzał Staśka i kazał odejść matce. Posłuszna, cofnęła się na środek izby i z otwartymi ustami, niekiedy szlochając, patrzyła. Stary wysunął ławę, zdjął ze Staśka przemoczoną koszulę, a następnie siłą wydobył mu język.

— Jezu! co on wyrabia... — mruknęła matka.