Ślimak od czasu do czasu zaglądał z podwórza przez okienko; ale wnet cofał się, nie mogąc patrzeć na blade ciało syna.
Teraz bakałarz ułożywszy wzdłuż bioder ręce Staśka podniósł je do góry, aż poza głowę, a potem znowu przeprowadził ku biodrom. Znowu je podniósł, znowu opuścił i tak podnosił i opuszczał, ażeby tym ruchem wywołać w dziecku oddech. Ślimak przypatrywał się zza okna, osłupiały Jędrek stał pod kominem, matka szlochała. W końcu nie mogąc zapanować nad sobą, kobieta zerwała chustkę i schwyciwszy się rękoma za włosy, poczęła bić głową o ścianę, jęcząc:
— A po cóżem ja cię na ten świat wydała!... A po cóżeś ty się urodził?... Dziecko jak złoto... tyle chorób wytrzymał i patrzajcie się... utonął!... Dopiero co był w tej izbie... wszyscy go widzieli i patrzajcie — utonął!... O miłosierny Boże, za cóżeś mnie tak ciężko skarał?... Żeby dziecko jak szczenię w gliniance zginęło bez ratunku... bez żadnego ratunku!...
Osunęła się po ścianie na kolana i klęcząc, jęczała rozdzierającym głosem.
Z pół godziny bakałarz pracował nad otrzeźwieniem Staśka. Poruszał mu ręce, ugniatał piersi i słuchał, czy nie odezwie się serce. Ale chłopak nie dał znaku życia. Wtedy stary nauczyciel, widząc, że nic nie poradzi, nakrył zwłoki dziecka płachtą, przeżegnał się, wyszeptał pacierz i — opuścił chatę. Za nim wysunął się milczący Owczarz.
Na podwórku zabiegł nauczycielowi drogę Ślimak. Wyglądał jak pijany.
— Po co wyście tu przyszli, bakałarzu?... — mówił chłop przytłumionym głosem. — Czy wam jeszcze za mało nieszczęścia?... Już zabiliśta mi dziecko waszym śpiewaniem i czego więcej chcecie?... Czy zgubić mu duszę, póki jeszcze nie odeszła na tamten świat, czy resztę nas żyjących przekląć, abyśmy wszyscy zmarnieli?...
— Co wy mówicie, Ślimaku?... — spytał bakałarz, patrząc na niego z przerażeniem.
Chłop począł kręcić głową i rozrzucać rękoma, jakby mu tchu brakło.
— Nie gniewajcie się, panie — rzekł. — Wy dobry człowiek, jo wiem... Niech was Bóg nagrodzi...