Gdy jednego razu przyniósł do chałupy elementarz i pokazał, co umie, uradowana Ślimakowa posłała bakałarzównej131 dwie kury i pół kopy jaj. Ślimak zaś, spotkawszy bakałarza, obiecał, że da mu pięć rubli, jak Jędrek zacznie modlić się z książki, a doda dziesięć, jeżeli chłopak nauczy się pisania. Dzięki temu, gdy nadeszła jesień, Jędrek bywał co dzień i parę razy na dzień w kolonii i albo uczył się, albo choć przez okna patrzył na bakałarzównę i przysłuchiwał się jej głosowi, co trochę gniewało jednego z parobków, a zarazem kuzynów Hamera.
W spokojnych czasach taka bieganina Jędrka może zwracałaby uwagę Ślimaków; dziś jednak byli zajęci czym innym. Oto każdy dzień przekonywał ich, że paszy mają za mało, a krów za dużo... Nie mówili do siebie, ale wszyscy w domu o tym tylko myśleli. Myślała gospodyni, widząc coraz mniej mleka w szkopku i Magda, która tknięta niedobrym przeczuciem co dzień pieściła się z krowami, i Owczarz, bo nawet koniom ujmował po garstce siana, aby podrzucić je bydlątkom. Ale najwięcej chyba myślał sam Ślimak, bo nieraz wystawał przed oborą i wzdychał.
Tak dojrzewała bieda wśród ogólnej ciszy, którą mimowolnie przerwał sam Ślimak. Jednej nocy bez powodu zerwał się z pościeli i usiadł na tapczanie.
— Co tobie, Józek?... — zapytała żona.
— Oj!... Śniło mi się, że nam paszy całkiem zabrakło i wszystek dobytek wyzdychał...
— W imię Ojca i Syna... Żebyś nie wymówił w złą godzinę.
— Jużci na pięć ogonów paszy nam nie wystarczy, to darmo — rzekł chłop. — Kalkuluję se w głowie na wszyćkie strony, ale na nic...
— No, więc co zrobisz?
— Bo jo wiem, nieszczęśliwy?
— Może by...