— Wstawaj, ty!... Bodaj cię święta ziemia nie nosiła!...
Maciek podniósł się i usiadł. Ale że raził go blask dnia, a głowa ciężyła jak kamień, więc znowu zamknął oczy i oparł brodę na rękach, siedząc. Począł zbierać myśli i w pierwszej chwili zdawało mu się, że zagorzał.
Teraz został uderzony pięścią w twarz raz i drugi. Z trudnością odchylił powieki i przekonał się, że bije go — Ślimak. Chłop szalał z gniewu.
— Czego mnie bijecie? — zapytał zdumiony Maciek.
— Gdzie konie, ty złodzieju?... — krzyczał Ślimak.
— Konie?... — mruknął Maciek. Wypełznął na czworakach ze swego barłogu na powietrze i jeszcze raz powtórzył: — Konie... Jakie konie?...
Nagle porwały go wymioty. Nieco oprzytomniał i spojrzał w głąb stajni. Zdawało mu się, że w niej czegoś brak. Potarł czoło, jakby chcąc obudzić leniwe myśli, i znowu spojrzał. Stajnia była pusta.
— A gdzie konie? — zapytał teraz Owczarz.
— Gdzie?... — krzyknął Ślimak. — Tam, gdzie ich zaprowadzili twoi bracia, złodzieju!...
Parobek ze zdumienia rozłożył ręce.