— Ja koni nie wyprowadzałem — rzekł — przez całą noc nie ruszyłem się stela... Chyba cosik mi się stało, bom jest chory...
I zatoczył się, aż musiał uchwycić ręką za futrynę stajni.
— Co ty gadasz?... Udajesz głupiego, czy nie widzisz, że mi konie ukradli?... — mówił kipiący gniewem Ślimak. — A przecie ten, co kradł, musiał bramę otworzyć i przez ciebie stworzenia przeprowadzać.
— Nikt bramy nie otwierał, nikt przeze mnie koni nie wyprowadzał, niech mnie Bóg skarze! — mówił Owczarz, bijąc się w piersi. I rozpłakał się.
W tej chwili zza stodół nadbiegli Jędrek i Ślimakowa.
— Tatulu! — wołał chłopiec — za płotem leży Burek zdechnięty...
— Struły go złodzieje — dodała kobieta — bo pies toczył pianę... Aż mu na pysku zamarzła.
Owczarz, nie mogąc stać, usiadł na progu stajni.
— A dyć i temu coś się stało — odparł Ślimak — bo jest jak nieprzytomny. Ledwiem go dobudził... I jeszcze dostał choroby...
— Śmierci niech doczeka! — krzyknęła Ślimakowa, wygrażając pięścią. — Spał w stajni i dał konie ukraść... Bodaj go ziemia wyrzuciła, kiedy zdechnie!