Jędrek obejrzał się za kamieniem chcąc rzucić w Owczarza, ale — zatrzymali go rodzice. Przypatrzywszy się lepiej parobkowi, dostrzegli w nim uderzające zmiany. Miał twarz popielatą, usta blade jak nieboszczyk i zapadnięte oczy.
— Może i jego otruli? — szepnęła gospodyni.
Ślimak wzruszył ramionami, niepewny, co odpowiedzieć. Wreszcie zaczął badać parobka: czy kto nie był wczoraj w zagrodzie podczas ich nieobecności i czy go nie częstował?
Powoli i z trudnością, nic jednak nie ukrywając, opowiedział im Maciek o podróżnym, któremu naprawiał sanie, tudzież o trunku księży zakonników z Radecznicy i zakończył, szlochając:
— Jużci zadali mi jakiegoś paskudnego ziela, ażeby konie wyprowadzić...
Ślimak, zamiast ulitować się, znowu wpadł w gniew.
— Aleś ty wziął od niego trunek — wołał — i piłeś go?... I nie przyszło ci do myśli rozpowiedzieć mi o tym, jakeśmy wrócili z nabożeństwa... Co?
— Cóżem ja miał woma gadać — odparł Maciek — kiej sami byliśta odrobinę zaprószeni?...
— Tobie nic do tego! — wrzasnął Ślimak. — Twoje psie prawo nie patrzyć, czym ja pijany, ale kiedym się upił, jeszcze lepiej pilnować... Takiś sam złodziej, jak i tamci, nawet gorszy, boś mnie zdradził, choć przygarnąłem cię, kiedy zdychałeś z głodu...
— Oj! nie gadajcie tak... — jęknął Owczarz. Zsunął się z progu i upadł do nóg Ślimakowi.