Zośka, zbliżywszy się do sani, poczęła zrazu obojętnie przypatrywać się zwłokom. Powoli jednak spojrzenie jej nabrało ludzkiego wyrazu.
— Co to na nich padło? — rzekła.
— Zmarźli.
— Czegóż oni zmarźli?
— Bo ich Ślimak wygnał z domu.
— Ślimak?... Ślimak wygnał z domu? — mówiła, przebierając bezmyślnie palcami. — Jużci to Owczarz, a to... musi że moja dziewucha... Moja!... ino trochę od tych czasów urosła... Słyszał kto, żeby zaś takie dziecko zamrozić?... No, prawda, że jej od razu zły koniec był sądzony... Jak mi Bóg miły, tak, to moja dziewucha!... Patrzajta się!... Moja dziewucha, no — i utrupili ją...
Chłopi, kiwając głowami, przysłuchiwali się gadaniu Zośki. Wreszcie odezwał się sołtys:
— Trza nam w drogę, bywajta zdrowi. Jedźta, kumie Marcinie.
Kum Marcin, zebrawszy lejce, podniósł w górę bat, a w tej samej chwili Zośka poczęła wsiadać na sanie, do nieboszczyków.
— Co ty robisz? — krzyknął dozorca i schwycił ją za sukmanę.