— Przecie to moja dziewucha! — zawołała Zośka, rwąc się na sanki.

— Co z tego, że twoja? — rzekł sołtys. — Tobie inna droga, a jej inna...

— Moja dziewucha!... moja dziewucha!... — poczęła krzyczeć Zośka, trzymając się oburącz sani.

Konie nagle ruszyły i Zośka upadła na śnieg; ale schwyciła się płozów i sanie pociągnęły ją za sobą.

— O, nie wariowałabyś! — zawołał dozorca i pobiegł za Zośką z sołtysem i swoim towarzyszem.

— Moja dziewucha!... Dajcie mi moją dziewuchę!... — krzyczała szalona, nie wypuszczając płozów.

Chłopi ledwie ją oderwali, a sanie ruszyły. Chciała podnieść się i biec za dzieckiem, ale jeden z dozorców przykląkł jej na nogach, a drugi schwycił za ramiona.

— Co ci z tego, głupia? — perswadowali. — Przecie dziecka nie ożywisz...

— Moja dziewucha!... Ślimak ją zamroził!... Bodaj go Bóg skarał!... Bodaj on tak zmarzł!... — krzyczała Zośka, wyrywając się dozorcom.

W miarę jednak oddalania się sani głos jej cichnął, sina z gniewu twarz przybierała barwę miedzianą, a blaski oczu przygasły.