W końcu uspokoiła się i wpadła w zwykłą apatię. Gdy zaś i szmer odjeżdżających ucichnął, podniosła się ze śniegu i obojętna, jak pierwej, tęgim krokiem poczęła iść ku gminnej kancelarii, niekiedy ciężko wzdychając.

— Już zapomniała — mruknął chłop niosący za nią papiery.

— Inny raz to głupiemu najlepiej na świecie — odparł jego towarzysz.

Potem obaj umilkli, przysłuchując się skrzypiącemu pod nogami śniegowi.

X

Strata koni niemal do obłędu doprowadziła Ślimaka. Wprawdzie zbił, skopał i wygnał z domu Owczarza, ale to jeszcze nie wyczerpało jego gniewu. Duszno mu było w izbie, więc wybiegł na dziedziniec i chodził po nim wzdłuż i wszerz, blady, z zaciśniętymi pięściami, z krwią nabiegłymi oczyma, upatrując spode łba, na czym by mógł wywrzeć zemstę.

Przypomniał sobie, że trzeba krowom rzucić paszy. Wszedł do obórki, potrącił stworzenia, a gdy jedno z nich, zatrwożone, udeptało go w nogę, schwycił widły i bez miłosierdzia pobił obydwie krowiny. Potem, jak bez pamięci, wybiegł za stodołę, a zobaczywszy zwłoki Burka, skopał psa, już twardego jak drewno, klnąc na czym świat stoi.

— Żebyś ty, psie nasienie, z cudzej garści chleba nie pożądał, nie straciłbym ja koni... Gnij tutaj i cierp do wiosny, potępiona bestio!... — rzekł mu na zakończenie i jeszcze raz kopnął, aż pękło w zmarzniętym zwierzęciu.

Wróciwszy do izby, ciskał się tak, że pieniek obalił. Jędrek, widząc to, parsknął śmiechem, a wówczas Ślimak, zdjąwszy rzemienny pas, zaczął walić nim chłopaka, aż ten wlazł pod ławę i krwią się zalał.

Chłop mimo to jeszcze pasa nie zapiął. Chodził po izbie z rzemieniem w ręku, czekając, rychło odezwie się żona, ażeby i ją skatować. Kobieta jednak milczała, niekiedy chwytając się ręką za okap komina, jakby jej sił brakło.