— Co się taczasz?... — mruknął chłop. — Nie wywietrzała ci jeszcze wczorajsza wódka?...
— Cosik mi niedobrze — odparła cicho żona.
Ślimak zastanowił się i przepasał rzemień.
— Cóż ci? — spytał.
— Takie mi czarne kręgi stają w oczach i szumi w uszach... O!... czy może tak w izbie piszczy?... — mówiła, bezładnie ukazując rękoma.
— Nie chlaj wódki, to ci nie będzie szumieć — odburknął Ślimak i wyszedł znowu na podwórek, spluwając.
Zdziwiło go, że kobieta ani odezwała się za ciężko pobitym Jędrkiem. Ponieważ jednak gniew znowu uderzył mu do głowy, więc, nie mając kogo bić, porwał siekierę i zaczął rąbać drzewo. Rąbał do wieczora, w jednej koszuli, wcale nie jedząc obiadu. Zdawało mu się, że tu, u jego nóg, leżą ci, co mu konie kradli; więc rzucał się jak wściekły, aż mu drzazgi i polana wylatywały nad głowę, rozsypując się po dziedzińcu.
Nareszcie omdlały mu ręce, zabolał krzyż, a koszula przemokła od potu; zarazem gniew go opuścił.
Wróciwszy do chałupy, w pierwszej izbie nie zastał nikogo. Zajrzał do alkierza. Ślimakowa leżała na łóżku.
— Co ci to? — spytał.