— Trochę mnie rozebrało — odparła kobieta jak obudzona ze snu. — Ale to nic.

— Na kominie wygasło.

— Wygasło? — powtórzyła. Ciężko podniosła się z pościeli i z niemałym trudem na nowo rozpaliła ogień do wieczerzy.

— Widzisz!... — mówił Ślimak, z uwagą przypatrując się żonie. — Zgrzałaś się wczoraj w karczmie, potem wypiłaś wody z żydowskiej kwarty i jeszcześ se w drodze rozpięła katankę. Zaziębiło cię widać.

— Nic mi nie będzie — odparła opryskliwie. Może nawet lepiej jej się zrobiło, bo odegrzała160 obiad i dała im na kolację.

Jędrek wyszedł z kąta i wziął do ręki łyżkę, ale zamiast jeść tak płakał, że Ślimakowi zrobiło się przykro. Matka jednak nie zważała na jego łzy i potoknąwszy byle jako naczynie, poszła spać.

W nocy, prawie o tej samej godzinie, kiedy nieszczęsny Owczarz dogorywał w jarach, Ślimakową porwały dreszcze. Zbudzony mąż okrył ją kożuchem i dreszcze powoli przeszły. Na drugi dzień wstała jak zwykle do roboty, chwilami narzekając na ból głowy i krzyża. Mimo to krzątała się, ale Ślimak po oczach jej zmiarkował, że jest niedobrze, i zesmutniał.

Ku wieczorowi zatrzeszczały na gościńcu sanie i stanęły u ich wrót. Po chwili wszedł do izby szynkarz Josel. Żyd miał tak dziwny wyraz twarzy, że Ślimaka aż kolnęło w serce, gdy go ujrzał.

— Pochwalony — rzekł Josel.

— Na wieki wieków — odparł chłop.