— Każą ci iść we wodę — mówił — idź we wodę; każą ci w ogień skoczyć, skacz w ogień. A jeżeli cię gospodyni potrąci albo nawet dobrze zbije, to jeszcze pocałuj ją w rękę i podziękuj, bo mówię ci: święta ręka, co bije...
Mówiąc tak, przy czerwonym blasku ognia, z ręką podniesioną do góry i twarzą uroczystą, Grochowski wyglądał jak kaznodzieja. Magdzie uwidziało się, że jego słowom przytakują nawet cienie drgające na ścianach i że mrok wieczorny, co zagląda przez okienka izby, powtarza za stryjem:
„Święta ręka, co bije!”
Zanosiła się od płaczu. Zdawało się jej, że słucha najpiękniejszego kazania, to znowu, że po każdym wyrazie opiekuna występują jej sine pręgi na plecach. Pomimo to nie czuła strachu ani żalu; raczej wdzięczność pomieszaną ze wspomnieniami niedawnego, a przecie odległego dzieciństwa.
Drzwi izby skrzypnęły i w całej ich szerokości ukazał się Ślimak.
— Niech będzie pochwalony — rzekł do gościa.
— Na wieki wieków — odparł Grochowski. I podniósłszy się z ławy jak był wysoki, prawie głową dotknął sufitu.
— Bóg wam zapłać, sołtysie, żeście zaszli do nas w gościnę — mówił Ślimak, podając mu rękę.
— To wam Bóg zapłać, że nas tak uczciwie przyjmujecie — odparł Grochowski.
— A może wam tu jaka niewygoda, zaraz gadajcie.