Otrząsnął się, spojrzał po izbie i z drugiego kąta zobaczył utkwione w siebie oczy Jędrka. Jakaś posępność osiadła mu na myśli.

— Cóżem winien, że on zmarzł? — mruknął do siebie. W tej chwili przypomniał sobie jedno kazanie, które wikary powtarzał w kościele co roku. I zdawało mu się, że słyszy jego zmęczony ze starości i jękliwy głos wołający: „Byłem głodny, nie nakarmiliście mnie; byłem nagi, nie przyodzialiście mnie; nie miałem dachu nad głową, nie przygarnęliście mnie... Idźcież, przeklęci, w ogień wieczny, zgotowany diabłu i sługom jego...”.

— Łże Żyd, jak Bóg na niebie... — rzekł Ślimak, czując, że go przechodzi mrowie. I powiedziawszy to, byłby przysiągł, że teraz właśnie jest w stajni Owczarz z dzieckiem, oboje żywi i zdrowi. Był tak pewny, iż powstał z ławy, aby wezwać parobka na kolację. Lecz gdy ujął ręką za klamkę drzwi, nagle — cofnął się. Bał się wyjrzeć na podwórko...

Powoli strach go ominął. Chłop wyszedł na dziedziniec, zajrzał do pustej stajni, potem krowom rzucił garść siana i gdy zapadł mrok, spać się położył. Żonę znowu porwały dreszcze, więc okrył ją kożuchem jak wczoraj, mrucząc:

— To ci podły Żyd, ten Josel!

Żadną miarą nie mogło pomieścić mu się w głowie, żeby Owczarz z dzieckiem zmarźli. Owszem, im dłużej o nich myślał, tym większej nabierał pewności, że Josel nastraszył go, może z zamiarem jakiego oszustwa. Rano zaś ze śmiechem opowiadał o tym żonie, dziwiąc się bezczelności szynkarza i usiłując odgadnąć: po co Żyd opowiedział mu takie łgarstwo?

Ale po obiedzie zajechał do nich miejscowy sołtys z piśmiennym wezwaniem do sądu do Jędrka w sprawie o pokaleczenie Hermana.

— Kiedy on tam ma być? — spytał Ślimak.

— Jego dzieło162 jutro — odparł sołtys. — Ale co ma lecić piechotą tyli szmat drogi. Niech siada ze mną, to go odwiozę.

Jędrek nieco pobladł i milcząc, zaczął odziewać się w półkożuszek i nową sukmanę.