— Dużo mu tam zrobią? — spytał markotnie ojciec.
— Iii!... — posiedzi kilka dni, może z tydzień — rzekł sołtys.
Ślimak westchnął i począł wydobywać rubla z węzełka.
— Ale, ale... — odezwał się. — A słyszeliście, sołtysie, co ten, para, Josel gada, że Owczarz z dzieckiem oboje zmarźli?
— Com nie miał słyszeć? — odparł niechętnie sołtys. — Przecie to prawda...
— Zmarźli?... zmarźli?... — powtórzył Ślimak.
— Jużci tak. Ale — dodał — kużden rozumie, że to nie z waszej winy. Nie dopilnował koni, wy w złości wygnaliśta go, ale przecie nikt mu nie kazał schodzić z gościńca między jary. Upił się czy co i nieborak zginął bez własne głupstwo.
Jędrek już był gotów i żegnając się z rodzicami, kolejno obejmował ich za nogi. Ślimakowi łzy zakręciły się w oczach. Ścisnął syna za głowę i dał mu rubla na wszelki wypadek, polecając go opiece boskiej. Zdziwił się jednak bez miary widząc, że matka traktuje chłopca obojętnie.
— Jagna! przecie Jędrek jedzie do sądu i do haryśtu... — reflektował ją mąż.
— To i co — odparła, patrząc błędnymi oczyma.