Przed domem stała kobieta, zaglądając w okno. Ślimak przypadł do niej, schwycił za ramiona i szepnął z trwogą:
— To ty, Jagna?... Ty?... Boga się bój, co robisz? Kto cię odział?
Istotnie była to Ślimakowa.
— Samam sie odziała, ino butów nie mogłam dozuć i krzywo mi siedzą... — Chodzi169 do dom — rzekła, ciągnąc go za rękę.
— Gdzie do dom? — odparł Ślimak. — Adyżeś ty, Jagna, taka chora, że nie wiesz, co nam się dom spalił i stodoła?... Gdzie pójdziesz na taki mróz?
W dziedzińcu odezwały się brytany Hamera; Ślimakowa zwiesiła się mężowi na ręku i nalegała uporczywie:
— Chodzi do dom... chodzi do dom! Nie chcę umierać w cudzej izbie jak komornica... Ni!... Ja gospodyni... Nie chcę bratać się ze Szwabami, bo mi jegomość170 nawet trumny nie pokropi święconą wodą...
Ciągnęła, a on szedł. I tak szli oboje do wrót, potem za wrota, potem w stronę zamarzniętej rzeki, aby jak najrychlej dostać się do sadyby. Za nimi biegły psy i z wściekłym ujadaniem szarpały ich za odzież.
Szli w milczeniu. Dopiero nad rzeką przystanęła zmęczona kobieta i chwilę odpocząwszy, poczęła mówić:
— Myślisz, że ja nie wiem, co cię Niemcy skusiły i chcesz im sprzedać grunt?... Może nieprawda?... — dodała, dziko patrząc mu w oczy.