Młodzi Hamerowie wyszli do sieni, z sieni na dziedziniec, kroki ich ucichły gdzieś przy stodole, a Ślimak wciąż kiwał głową w prawo i w lewo. Upłynął znowu jakiś czas, w ciągu którego rozlegały się w obszernej izbie ciężkie stąpania, a potem gruby głos Knapa, mówiący:

Vater unser, der Du bist im Himmel167...

Młynarz w ciągu modlitwy zzuwał buty, rzucał je daleko od siebie i nareszcie powtarzając: „amen... amen...” — układł się168 na łóżku, które pod nim zgrzytnęło.

W końcu umilkł, a w kilka minut później zaczął chrapać dziwnymi głosami, jakby go duszono i zarzynano.

W kuchni kaganek przyćmił się, zaskwierczał, parę razy błysnął i zgasł, wydając przykry swąd spalonej tłustości. Przez zamarznięte szyby zajrzał księżyc i na glinianej podłodze rozłożyła się tafla mdłego światła przecięta na sześć tafelek cieniem okiennej ramy.

Młynarz chrapał i jęczał straszliwie. Chłop, odurzony piwem, chwiał się na prawo i na lewo, uśmiechał się nie wiadomo do kogo i medytował:

„No, sprzedam!... To i co? Albo mi to nie wolno? Przecie lepiej pójść w inne strony i kupić z piętnaście morgów rzetelnej ziemi niż siedzieć na dziesięciu kiepskich i jeszcze sąsiadować z Jaśkiem Grzybem. Ady oni by mnie tu ze starym oba upiekli... Sprzedać to sprzedać, byle wnet...”

I powstał, jakby chcąc iść do rejenta. Ale przypomniawszy sobie, że do rejenta daleko, upadł na siennik i cicho śmiał się sam do siebie. Mocne piwo, wlane w pusty żołądek, rozmarzało go coraz bardziej.

Wtem na jasnej tafli szyb zarysowała się ludzka sylwetka. Ktoś ze dworu usiłował zajrzeć do kuchni.

Chłop machinalnie podsunął się do okna. Popatrzył... wytrzeźwiał... i wybiegł z kuchni... Na skrzyp drzwi śpiący parobek przewrócił się i zaklął, ale Ślimak nie zważał na niego. Trzęsącymi rękoma odszukał klamkę w sieni, targnął ją i owiany mroźnym powietrzem znalazł się na dworze.