— No, prawda, to ten sam!... — huknął Knap i roześmiał się. — A sprzedajesz nam twój grunt z górą pod wiatrak?

— Bo jo wiem?... — odparł chłop nieśmiało. — Musi, że sprzedam...

— Ha! ha!... — huczał Knap. — Wilhelm!... — ryknął, jakby Wilhelm był o wiorstę drogi — nalej mu piwa, temu chłopu... Pij za moje zdrowie, ja za twoje zdrowie... Ho! ho! ho!... Chociażeś ty do mnie nigdy zboża nie przywoził, trącam się z tobą... Ty bądź zdrów i ja bądź zdrów... A czemu ty dawniej nie sprzedał nam twój grunt?

— Bo jo wiem? — odparł chłop, chciwie wypiwszy piwo.

— Wilhelm!... nalej mu!... — ryczał Knap. — A ja tobie powiem, czemu nie sprzedał. Temu, że ty nie umiesz być silnie postanowionym. Ho! ho!... silne postanowienie to fundament. Ja powiedziałem: będzie młyn we Wólce — i jest młyn we Wólce, choć mi go dwa razy palili Żydzi. Nieprawda, Hamer?... I jeszcze ja powiedziałem: mój Konrad będzie doktór! — i Konrad będzie doktór. I jeszcze ja powiedziałem: ty, Hamer, twój Wilhelm musi mieć wiatrak! — i Wilhelm musi mieć wiatrak. Bez silne postanowienie człowiek jak młyn bez wody jest... Wilhelm!... lej mu piwo... Prawda, jak dobre piwo!... Mój zięć Krauze robi takie piwo... Ho! ho!...

— Co to?... — zawołał, pochylając się w stronę beczułki. — Co to, nie ma piwa?... Basta!... idziemy spać...

Ruszyli się zza stołu. Fryc popchnął Ślimaka do kuchni i zamknął drzwi.

Chłop był odurzony, nie wiadomo, czym więcej: piwem czy hałaśliwą rozmową Knapa. Przy blasku kaganka dojrzał w kuchni dwa tapczany; na jednym ktoś spał, drugi był próżny. Ślimak usiadł na próżnym; poczuł, że mu jest wesoło, i zaczął kiwać się w prawo i w lewo, w prawo i w lewo...

Nie myślał o niczym; raczej przysłuchiwał się rozmowie, którą w sąsiedniej izbie prowadzono po niemiecku. Po upływie jakiegoś czasu usłyszał głośne pocałunki, nowy szereg wykrzykników, odsuwanie stołu i krzeseł i śmiech Knapa. Potem kuchnię zalała jasność i przeszli przez nią Fryc z Wilhelmem.

— Spać, spać!... — zawołał do niego Fryc. — Skoro świt, jedziemy...