— Idźcie stąd, gospodarzu — przerwała stara Niemka, popychając chłopa ku drzwiom. — Idźcie, bo ona niepokoi się, a to niedobrze... Idźcie...
I wypchnęła go z izby.
— Józek!... — krzyknęła Ślimakowa. — Józek! wróć się... Cosik ci powiem...
Chłop wahał się.
— Nie ma po co — szepnął bakałarz — ona bredzi i irytuje się. Jak jej zejdziecie z oczu, może zaśnie.
Zaprowadził go na drugą stronę sieni, do kuchni, gdzie zaraz wpadł Fryc Hamer i pociągnął Ślimaka do dalszej izby.
Przy jasnej lampie, za stołem pełnym kufli, wśród kłębów dymu z fajek, siedział stary Hamer, a obok młynarz Knap. Był to człowiek potężny jak wór mąki, z twarzą wielką, czerwoną i połyskującą. Siedział bez surduta, trzymając w jednej ręce kufel piwa i ocierając spocone czoło mankietem drugiej. Spod rozpiętej koszuli, w której lśniły się złote spinki, widać było piersi duże jak u kobiety, zarosłe gęstym włosem.
Na prawo od stołu leżała na krzyżulcach spora beczułka, z której Wilhelm Hamer nalewał coraz nowe kufle piwa.
— Jak się nazywasz, ojciec? — wesoło krzyknął Knap grubym głosem, z silnym akcentem niemieckim.
— Ślimak.