— Pewnie, że moją kobietę tylko do jutra położyły w izbie. A jutro nas wyrzucą do stajni... Nie ma tu co długo wysiadywać.
Weszli do ciemnej sieni. Gdzieś z głębi domu rozlegała się huczna rozmowa, przerywana grubymi wybuchami śmiechu i brzękiem szkła. Bakałarz ujął chłopa za ramię i pociągnął do drzwi na lewo. Otworzył. W wielkiej izbie, zastawionej ławkami i oświetlonej małą lampką, leżała na tapczanie Ślimakowa; jakaś stara kobieta przykładała jej mokre chusty na głowę. Izbę napełniał ostry zapach octu.
W chłopie serce zamarło. Teraz dopiero, kiedy poczuł woń octu, zrozumiał, że żona musi być bardzo chora.
Gdy stanął nad tapczanem, Ślimakowa zaczęła mu się przypatrywać, mrużąc oczy. Nagle odezwała się schrypniętym głosem:
— To ty, Józek?...
— Jużci ja.
Chora przymknąwszy oczy zaczęła miętosić rękoma kożuch, którym ją przykryto. I znowu odezwała się, tym razem silniej:
— Co ty robisz, Józek?... Co ty robisz?...
— Przecie widzisz, że stoję.
— Aha! stoisz... Wiem ja, co ty robisz... Nie bój się!... Wszystko wiem...