Krowa drugi raz ryknęła (obie na przemian porykiwały od południa) i Jojna skręcił do siedziby zobaczyć, co się dzieje u Ślimaka.
„Może co zarobię?” — pomyślał.
Wszedł na dziedziniec, rozejrzał się i kręcąc głową, od razu poszedł do stajenki.
— Ślimaku!... Panie gospodarzu!... Pani gospodyni, czy państwo są tutaj?... — wołał, pukając w ścianę. Bał się otworzyć drzwi, ażeby w razie nieobecności gospodarzy nie posądzono go o przeglądanie cudzych kątów.
— Kto tam? — odezwał się Ślimak.
— Ja, stary Jojna — odparł. Uchyliwszy zaś drzwi, spytał zdziwiony:
— Co to państwu?... Co wam, Ślimaku?... Co gospodyni?...
— Umarła.
— Jak to umarła?... — cofnął się Żyd. — Po co gadać takie żarty! Aj waj!... może i umarła... — dodał, przypatrzywszy się z uwagą leżącej. — Taka dobra gospodyni! — mówił dalej. — Wielkie na was nieszczęście padło, niech Pan Bóg ubroni... Tfy! — splunął. — A wy co tak leżycie, Ślimaku, przecie trzeba zrobić pogrzeb.
— Będzie dwa od razu — mruknął chłop.