— Przepraszam jegomości — ukłonił się Żyd — ale ja proszę, żeby cukier był osobno.
— Pijesz bez cukru?
— Owszem, ja nawet lubię bardzo słodko, ino ja herbatę piję tak, a cukier chowam dla wnuków.
— Pij z cukrem! dla wnuków dostaniesz oddzielnie — odparł ksiądz, śmiejąc się z przebiegłości Żyda. — Walenty, podaj mi futro — zwrócił się pośpiesznie do służącego, usłyszawszy, że już zajechały sanki.
Żyd znowu ukłonił się.
— Z przeproszeniem jegomości — rzekł — ale ja tu przychodzę od Ślimaka...
— Od Ślimaka?... — powtórzył ksiądz. — Aha! od tego, co się spalił.
— Nawet nie od niego, bo on by mnie nie śmiał tu wysyłać. Ale jemu żona dziś umarła i on ma jakoś kiepsko w głowie, i tak oboje leżą w stajni, i nawet nie ma im kto wody podać. Nawet krów nie poili bez cały dzień.
Proboszcz cofnął się.
— Jak to, więc nikt ze wsi ich nie odwiedził?...