Z daleka, od mostu, znowu zadźwięczały dzwonki, parskały konie i wkrótce przed zagrodą zatrzymały się sanki proboszcza. Chłop wybiegł na gościniec.
— Ty, Ślimaku?
— Jo, dobrodzieju.
— Będzie jutro u ciebie stary Grzyb z pomocą. Pogodźcież się i więcej nie swarzcie. A ku wieczorowi trzeba zrobić pogrzeb nieboszczce. Po trumnę już posłałem do miasteczka.
— O mój wybawicielu!... — jęknął chłop.
— Ruszaj, Paweł, co koń wyskoczy — rzekł ksiądz do furmana. Wydobył repetier178, a usłyszawszy, że jest trzy kwadranse na dziesiątą, mruknął:
— Spóźniłem się, ale jeszcze zdążę!...
I znowu zobaczył przed sobą zielonawe oczy to na powierzchni śniegu, to między gwiazdami, to na plecach otyłego furmana.
— Boże, bądź miłościw... Boże, bądź miłościw... — szeptał ksiądz, pasując się179 z nagabaniami szatana.
Ślimak stał na gościńcu, dopóki w ciemności nie rozpłynęły się sanki. Gdy zaś w powietrzu zaległa cisza, poczuł znużenie i nieprzepartą chęć do snu. Z wolna powlókł się do stajenki, ale — nie wszedł tam. Bał się spać obok zmarłej żony i legł w obórce.