Sny miał posępne, jakim zwykle człowiek ulega po silnych wstrząśnieniach. Marzyło mu się, że gdzieś spada, to znowu, że topi się w bardzo zimnej wodzie, to że błąka się po okolicy, w której nigdy nie było dnia, tylko wieczny półzmrok — a w końcu, że żona, opuściwszy stajenkę, usiłuje wedrzeć się do obory, już to otwierając po cichu drzwi, już to odsuwając deskę w ścianie. Obudził się zmęczony i smutny i nawet przez chwilę zdawało mu się, że nocna wizyta proboszcza była tylko przywidzeniem. Z trwogą zajrzał do stajenki i uspokoił się dopiero wówczas, gdy spostrzegł chleb, mięso i napoczętą butelkę miodu, którą ksiądz zostawił wczoraj. Blask świtającego dnia padł na nieboszczkę i odbił się dwoma mdłymi promieniami w jej niedomkniętych oczach.
„Ni, jużci ona nie ruchała się w nocy” — pomyślał chłop i westchnął za duszę zmarłej.
Nagle jakieś sanki przejeżdżające gościńcem zatrzymały się u wrót. Niebawem weszli na podwórko dwaj ludzie z wielkim koszem. Ślimak zdumiał się zobaczywszy, że ów kosz dźwiga stary Grzyb i jego parobek.
— Jedź tera, Kuba, do miasta, po trumnę, ino wnet! — odezwał się Grzyb do parobka, gdy postawili kosz niedaleko obory.
Parobek odszedł. Grzyb zwrócił się do Ślimaka, ale siwa głowa trzęsła mu się i niespokojnie biegały żółtawe oczy.
— Moja wina — rzekł, uderzając się w piersi. — Moja wina!... I co... jeszcze się gniewata?...
— Niechże wam Bóg da wszystko najlepsze, iżeście mnie w takiej zgryzocie nawiedzili — odparł Ślimak i nisko mu się ukłonił.
Staremu chłopu podobała się ta pokora. Schwycił Ślimaka za rękę i mówił nieco życzliwszym tonem:
— Jo woma godom: moja wina! bo tak mi kazał dobrodziej. Toteż pierwszy do was przyszedem, chociem stary, i godom: moja wina! Ale też i wy, kumie (czego nie wymawiam), tęgoście mi dokuczyli.
— Wybaczcie mi wszyćko, com ino komu zrobił złego — rzekł Ślimak, schylając się do ramienia Grzybowi — ale co prawda, już i nie pomnę, w czym bym was samych uszkodził?