— Prawda, Maćku, że tak by właśnie wypadało? — powtórzyła za mężem gospodyni, zwracając się do parobka.
— Oho! ho!... — roześmiał się Maciek, aż mu gorący krupnik spłynął z łyżki po brodzie.
— Co racja, to racja — westchnął Grochowski. — Sam nawet Grzyb miałby chyba wyrozumienie, że krowa nade wszystko powinna iść tam, gdzie jest dziewucha.
— To ją noma30 sprzedajcie — podchwycił Ślimak.
Grochowski opuścił łyżkę na stół, a głowę na piersi. Chwilę podumał, wreszcie rzekł tonem rezygnacji:
— Ha, trudno! Jak się uprzecie, to muszę wam krowę sprzedać, nic nie pomoże. U kogo dziewucha, u tego i krowa, to darmo.
— Ale nam coś opuścicie — prędko dodała gospodyni, przymilając się do Grochowskiego.
Sołtys powtórnie zadumał się.
— Widzicie, tak — rzekł. — Żeby to moje bydlę, to bym opuścił. Ale to przecie dobytek biednej sieroty, co ją ojciec i matka odumarli. Jakże ja ją mogę krzywdzić?... Zatem — dajcie trzydzieści pięć rubli papierkami i rubla srebrnego za postronek i — niech krowa zostanie u was.
— Niezmierny to grosz — westchnął Ślimak.