— Ptaka wam wiezę — rzekł — ino trochę postrzelonego, ale nie bardzo.

— Hę? — spytał Grzyb.

— Co hę?... Jaśka waszego przywiózem, bo mi dziś w nocy konie krad i dostał parę śrucinów.

— O hycel!... Gdzie on?...

— Siedzi w sankach na gościńcu.

Grzyb pobiegł ciężkim kłusem w tamtą stronę. Usłyszano parę uderzeń, krzyk i wnet ukazał się stary, prowadząc za czuprynę Jaśka, który pomimo swego wzrostu i urody płakał jak dziecko.

Jego wyszywana kurtka była podarta, wysokie buty unurzane w gnoju; na lewej ręce miał skrwawioną szmatę, a na twarzy plaster.

— Kradeś konie sołtysowi?... — pytał rozgniewany starzec.

— Com nie miał kraść? Kradem.

— Ale mu się nie udało — wtrącił Grochowski. — Za to całkiem ukrad konie Ślimakowi i udało mu się.