— Tyś ukrad?... — wrzasnął Grzyb i począł syna okładać pięściami.
— Jużci że ja, ino się nie gniewajcie, tatku — płakał Jasiek.
— La Boga, co się dzieje! — wołał Grzyb.
— Co się ma dziać? — odparł lekceważąco Grochowski. — Chłopak zdrów, dobrał sobie kamratów i w kolej wszystkich okradał, dopókim go wczoraj nie ustrzelił.
— I cóż teraz będzie? — zawołał Grzyb, znowu okładając Jaśka pięściami.
— Już ja się, tatku, poprawię... Już się ożenię z Orzechowszczanką i osiądę na gospodarce...
— Rychło w czas! Teraz pora iść do kryminału, nie do wesela — odparł Grochowski.
Stary Grzyb zadumał się.
— Jakże, to wy go oskarżycie? — spytał sołtysa.
— Wolałbym nie skarżyć, bo się z tego interesu w całej okolicy zakotłuje. Ale jak mnie nie odszkodujeta, to zaskarżę.