— Oj, la Boga, la Boga!... — wzdychał chłop, uznając, że ziemia ma rację. Ale pomimo skruchy nikt go nie pożałował w strapieniu. Owszem, chwilami zrywał się wiatr zachodni i zaplątany między zeschłe badyle na miedzy14 świstał mu w ucho:
„Nie bój się, dam ja ci, dam!... Sprowadzę taki deszcz, taki potop, że resztę czarnoziemu wypłucze ci na gościniec albo na dworską łąkę. Żebyś własnymi zębami bronował, i tak jeszcze z roku na rok będziesz miał coraz mniej pociechy. Wszystko wyjałowię!”
Nie na próżno wiatr groził. Za ojca nieboszczyka, za starego Ślimaka, zbierano w tym miejscu po dziesięć korcy15 pszenicy z morgi. Dziś i za siedem korcy żyta trzeba dziękować Bogu; a co będzie za dwa, za trzy lata?...
— Ot, chłopska dola! — mruknął Ślimak. — Pracuj, pracuj, a zawsze tylko z jednej biedy wleziesz w drugą. Inaczej bym ja gospodarował, żeby tak doczekać jeszcze jednej krowiny i choćby tak tej oto łączki...
Wskazał batem na łąkę przy Białce.
„Głupi chłop. Cóż to za głupi chłop!” — świergotały wróble.
„Patrzaj, jak glina wypycha ci czarnoziem!” — pokazywało słońce.
„Głodzisz mnie, nie dajesz wypoczynku...” — stękała ziemia.
„Durny ty, durny” — warczały z gniewem zębate a leniwe brony.
„Chi! chi!...” — śmiał się wiatr w zeschłych badylach.